Witam wszystkich Proszę o opinię w zaistniałej sytuacji zacznę od początku . Trzy lata temu prze
4
odpowiedzi
Witam wszystkich
Proszę o opinię w zaistniałej sytuacji zacznę od początku .
Trzy lata temu przeprowadziłam się za granicę do mojego partnera, który mieszkał z psem – buldogiem francuskim . Od momentu mojego przyjazdu pies wymagał ciągłej pomocy weterynarzy. W czasie, gdy jesteśmy razem, wydajemy na niego ogromne sumy pieniędzy , dziś sądzę ,że jest to w granicy 60 tys zły . Gdyby mój partner był bogaty i nie miał problemów finansowych, nie miałabym nic przeciwko, ale prawda jest taka, że nie stać nas na ciągłe wydatki związane z jego leczeniem. Pies, odkąd tu jestem, zniechęcił mnie swoimi zachowaniami i łapczywością. Jadł do granic wymiotowania, a następnie zjadał wymioty. Podobne zachowania występowały przy piciu wody. Między łapami miał różnego rodzaju śluzy (drożdżaki), schodzącą skórę i rany, a także nawracające zapalenie napletka oraz obrzydliwe zielone wydzieliny na pościeli i kafelkach w mieszkaniu. Starałam się leczyć psa, kupowaliśmy różne maści i leki, ale to nic nie pomagało. Odwiedzaliśmy weterynarzy, którzy tylko kasowali nas za wizyty, nie przynosząc żadnej poprawy.
Wykonaliśmy prywatne testy nietolerancji pokarmowej i środowiskowej. Okazało się, że pies jest w niewielkim stopniu uczulony na tuje – a pod naszym balkonem rośnie ich około dwudziestu. Po diagnozie partner zaczął wydawać na leki dla psa około 1500 zł miesięcznie.
Po pół roku okazało się, że jestem w ciąży. Wiedziałam, że to będzie ogromny problem, ponieważ zaczniemy się kłócić.
Miałam świadomość, że nie będzie mógł dalej przeznaczać pieniędzy na psa, tylko na nasze przyszłe dziecko, które już było w drodze. Tłumaczyłam mu, że po porodzie sytuacja z psem się pogorszy, ale on zapewniał mnie, że tak nie będzie.
Przez całą ciążę zabroniłam psu wchodzić na nasze łóżko, ponieważ miał różne wydzieliny między łapami. Gdy smarowałam go maściami, kilkakrotnie mnie pogryzł, tak samo jak mojego partnera.
Kilka dni po porodzie doszło u mnie do poważnego zagrożenia życia i trafiłam z synem do szpitala. Po powrocie do domu czekała na mnie niespodzianka – zapalenie gruczołów odbytowych, a w mieszkaniu unosił się zapach zepsutego mięsa. Prosił, że to ostatni raz pojedziemy do weterynarza, aby mu pomóc (byłam tym bardzo zmęczona). Zgodziłam się, ale już miałam tego dość. Kilka dni później znów trafiłam do szpitala. Brakowało niewiele, a mogłabym tego nie przeżyć. Gdy partner nas odbierał, prosił, abym się nie denerwowała – pies miał nużeńca, praktycznie cała sierść mu wypadła, a z ran sączyła się ropa i krew. Przez siedem miesięcy codziennie musiałam kąpać psa w specjalnych szamponach, ponieważ miał rany na całym ciele. Walka o jego zdrowie trwała długo około 7-8 miesięcy oprócz tego musiałam wyciskać mu gruczoły okołoodbytowe, co robiłam wbrew sobie, ale dla mojego partnera i dla naszego synka, aby się niczym nie zaraził. Cały czas żyje w strachu o jego zdrowie, ponieważ przy porodzie mogliśmy stracić zarówno syna, jak i siebie nawzajem. Tak dokładnie ja i nasz synek byliśmy w zagrożeniu. Trzy miesiące po urodzeniu synka okazało się, że mam stan przednowotworowy. Przeszłam operację, a później doświadczyłam czegoś w rodzaju paraliżu lewostronnego ręki i nogi. Dopóki nasz synek nie raczkował, nie kłóciłam się z partnerem, ale gdy zaczął chodzić i wkładać wszystko do buzi, w tym sierść psa i dotykać wydzielin, zaczęliśmy toczyć wojnę w domu. Ciągle zarzucam mu, że jest nieodpowiedzialny i naraża nasze dziecko. Pies zaczął sikać w domu, zaczęliśmy zakładać mu pampersy, ale gdy się zesika, smród jest tak intensywny, że nie da się wytrzymać. Muszę wietrzyć całe mieszkanie po 2 godziny , nawet kiedy jest bardzo zimno , psa wyrzucam na balkon, co również nie podoba się mojemu partnerowi. Pies ma zaawansowaną prostatę, co zostało stwierdzone podczas wizyty u lekarza. Przeszłam wiele, zarówno fizycznie, jak i psychicznie przez ostatni czas ,bardzo męczę się mieszkając z tym
Psem . Pies wydziela intensywny zapach starego, schorowanego zwierzęcia oraz moczu. Ma również problem z wypadającym penisem. Chwila bez pampersa kończy się lejącymi wydzielinami na podłogę. W miejscach, gdzie pies się załatwia na dworze, kafelki czernieją i przez tydzień utrzymuje się nieprzyjemny zapach. Po badaniach moczu okazało się, że ma w nim wszystko. Był podawany antybiotyk, ale to nie przyniosło poprawy. Obecność psa w mieszkaniu mnie drażni, a gdy mnie gryzie, nie wytrzymuję już dłużej.
Po prostu go biję kapcie, Wiem, że nie powinnam, ale czuję, że to dla mnie za dużo. To już dawno mnie przerosło ,
Prosiłam partnera, abyśmy znaleźli psu inny dom lub oddali go do schroniska, gdzie będą mogli go leczyć, a my moglibyśmy go odwiedzać.
Widzę, że nasz związek może się rozpaść. Oddalamy się od siebie, a on nie rozumie, że naraża naszego syna. Dla mnie, jako matki, dziecko jest najważniejsze .Uważam, że po tym, co przeszliśmy, temat psa nie powinien być dla partnera tak trudny do podjęcia – powinien kierować się naszym dobrem. W trakcie kłótni partner grozi, że nas zostawi z synem, a on się wyprowadzi z psem. Nie potrafi zrozumieć dlaczego nie potrafię zaakceptować tego psa w takiej formie (schorowanego,) dlaczego nie chce mu pozwolić z nami żyć ,skoro już mu tak dużo życia nie zostało,jako argument podaje ,że na moje leczenie też nie miał pieniędzy , ale je zarobił i dzięki niemu wróciłam do zdrowia . Gdy tłumaczę mu ,że nie potrafię zaakceptować tego smrodu i strachu o dziecko odpowiada mi zdaniem „ to trudno ,to się rozstaniemy „
czy ja naprawdę przesadzam , czy to takie złe ,że chce aby w mieszkaniu pachniało i było czysto ? I nie chcę aby syn miał kontakt z tak schorowanym psem , bo boję się o jego zdrowie ?
Proszę o opinię
Proszę o opinię w zaistniałej sytuacji zacznę od początku .
Trzy lata temu przeprowadziłam się za granicę do mojego partnera, który mieszkał z psem – buldogiem francuskim . Od momentu mojego przyjazdu pies wymagał ciągłej pomocy weterynarzy. W czasie, gdy jesteśmy razem, wydajemy na niego ogromne sumy pieniędzy , dziś sądzę ,że jest to w granicy 60 tys zły . Gdyby mój partner był bogaty i nie miał problemów finansowych, nie miałabym nic przeciwko, ale prawda jest taka, że nie stać nas na ciągłe wydatki związane z jego leczeniem. Pies, odkąd tu jestem, zniechęcił mnie swoimi zachowaniami i łapczywością. Jadł do granic wymiotowania, a następnie zjadał wymioty. Podobne zachowania występowały przy piciu wody. Między łapami miał różnego rodzaju śluzy (drożdżaki), schodzącą skórę i rany, a także nawracające zapalenie napletka oraz obrzydliwe zielone wydzieliny na pościeli i kafelkach w mieszkaniu. Starałam się leczyć psa, kupowaliśmy różne maści i leki, ale to nic nie pomagało. Odwiedzaliśmy weterynarzy, którzy tylko kasowali nas za wizyty, nie przynosząc żadnej poprawy.
Wykonaliśmy prywatne testy nietolerancji pokarmowej i środowiskowej. Okazało się, że pies jest w niewielkim stopniu uczulony na tuje – a pod naszym balkonem rośnie ich około dwudziestu. Po diagnozie partner zaczął wydawać na leki dla psa około 1500 zł miesięcznie.
Po pół roku okazało się, że jestem w ciąży. Wiedziałam, że to będzie ogromny problem, ponieważ zaczniemy się kłócić.
Miałam świadomość, że nie będzie mógł dalej przeznaczać pieniędzy na psa, tylko na nasze przyszłe dziecko, które już było w drodze. Tłumaczyłam mu, że po porodzie sytuacja z psem się pogorszy, ale on zapewniał mnie, że tak nie będzie.
Przez całą ciążę zabroniłam psu wchodzić na nasze łóżko, ponieważ miał różne wydzieliny między łapami. Gdy smarowałam go maściami, kilkakrotnie mnie pogryzł, tak samo jak mojego partnera.
Kilka dni po porodzie doszło u mnie do poważnego zagrożenia życia i trafiłam z synem do szpitala. Po powrocie do domu czekała na mnie niespodzianka – zapalenie gruczołów odbytowych, a w mieszkaniu unosił się zapach zepsutego mięsa. Prosił, że to ostatni raz pojedziemy do weterynarza, aby mu pomóc (byłam tym bardzo zmęczona). Zgodziłam się, ale już miałam tego dość. Kilka dni później znów trafiłam do szpitala. Brakowało niewiele, a mogłabym tego nie przeżyć. Gdy partner nas odbierał, prosił, abym się nie denerwowała – pies miał nużeńca, praktycznie cała sierść mu wypadła, a z ran sączyła się ropa i krew. Przez siedem miesięcy codziennie musiałam kąpać psa w specjalnych szamponach, ponieważ miał rany na całym ciele. Walka o jego zdrowie trwała długo około 7-8 miesięcy oprócz tego musiałam wyciskać mu gruczoły okołoodbytowe, co robiłam wbrew sobie, ale dla mojego partnera i dla naszego synka, aby się niczym nie zaraził. Cały czas żyje w strachu o jego zdrowie, ponieważ przy porodzie mogliśmy stracić zarówno syna, jak i siebie nawzajem. Tak dokładnie ja i nasz synek byliśmy w zagrożeniu. Trzy miesiące po urodzeniu synka okazało się, że mam stan przednowotworowy. Przeszłam operację, a później doświadczyłam czegoś w rodzaju paraliżu lewostronnego ręki i nogi. Dopóki nasz synek nie raczkował, nie kłóciłam się z partnerem, ale gdy zaczął chodzić i wkładać wszystko do buzi, w tym sierść psa i dotykać wydzielin, zaczęliśmy toczyć wojnę w domu. Ciągle zarzucam mu, że jest nieodpowiedzialny i naraża nasze dziecko. Pies zaczął sikać w domu, zaczęliśmy zakładać mu pampersy, ale gdy się zesika, smród jest tak intensywny, że nie da się wytrzymać. Muszę wietrzyć całe mieszkanie po 2 godziny , nawet kiedy jest bardzo zimno , psa wyrzucam na balkon, co również nie podoba się mojemu partnerowi. Pies ma zaawansowaną prostatę, co zostało stwierdzone podczas wizyty u lekarza. Przeszłam wiele, zarówno fizycznie, jak i psychicznie przez ostatni czas ,bardzo męczę się mieszkając z tym
Psem . Pies wydziela intensywny zapach starego, schorowanego zwierzęcia oraz moczu. Ma również problem z wypadającym penisem. Chwila bez pampersa kończy się lejącymi wydzielinami na podłogę. W miejscach, gdzie pies się załatwia na dworze, kafelki czernieją i przez tydzień utrzymuje się nieprzyjemny zapach. Po badaniach moczu okazało się, że ma w nim wszystko. Był podawany antybiotyk, ale to nie przyniosło poprawy. Obecność psa w mieszkaniu mnie drażni, a gdy mnie gryzie, nie wytrzymuję już dłużej.
Po prostu go biję kapcie, Wiem, że nie powinnam, ale czuję, że to dla mnie za dużo. To już dawno mnie przerosło ,
Prosiłam partnera, abyśmy znaleźli psu inny dom lub oddali go do schroniska, gdzie będą mogli go leczyć, a my moglibyśmy go odwiedzać.
Widzę, że nasz związek może się rozpaść. Oddalamy się od siebie, a on nie rozumie, że naraża naszego syna. Dla mnie, jako matki, dziecko jest najważniejsze .Uważam, że po tym, co przeszliśmy, temat psa nie powinien być dla partnera tak trudny do podjęcia – powinien kierować się naszym dobrem. W trakcie kłótni partner grozi, że nas zostawi z synem, a on się wyprowadzi z psem. Nie potrafi zrozumieć dlaczego nie potrafię zaakceptować tego psa w takiej formie (schorowanego,) dlaczego nie chce mu pozwolić z nami żyć ,skoro już mu tak dużo życia nie zostało,jako argument podaje ,że na moje leczenie też nie miał pieniędzy , ale je zarobił i dzięki niemu wróciłam do zdrowia . Gdy tłumaczę mu ,że nie potrafię zaakceptować tego smrodu i strachu o dziecko odpowiada mi zdaniem „ to trudno ,to się rozstaniemy „
czy ja naprawdę przesadzam , czy to takie złe ,że chce aby w mieszkaniu pachniało i było czysto ? I nie chcę aby syn miał kontakt z tak schorowanym psem , bo boję się o jego zdrowie ?
Proszę o opinię
Dzień dobry,
gdy zaczytuję się w historii opisanej przez Panią, towarzyszy mi jakiś rodzaj napięcia, być może taki, który towarzyszy i Pani w codziennych zmaganiach z opisaną wyżej sytuacją. Użyła Pani określeń, które mnie bardzo zatrzymują, a mianowicie: "robiłam sobie wbrew", "byłam zmęczona, przeszłam wiele zarówno fizycznie, jak i psychicznie", "miałam tego dość", "bardzo się męczę", "to dla mnie za dużo", "nie potrafię zaakceptować smrodu i strachu o dziecko". A ja chcę Pani napisać, iż troska o dziecko i jego zdrowie, zwłaszcza w sytuacji, która ma znamiona niebezpiecznej mieści się w ramach odpowiedzialności rodzicielskiej.
Z przedstawionego opisu wyczytałam, że Pani potrafi wytrzymywać i dużo znosić, nawet to, co powoduje zmęczenie, chorobę, paraliż. Te "wysiłkowe" działania, których się Pani podejmuje skutkują tym, że przekracza Pani samą siebie, a ja zastanawiam się co powoduje, że to przekroczenie ma miejsce i czy istnieją granice tych przekroczeń?
Przedstawiona przez Panią sytuacja jest wielowątkowa, gdyby potrzebowała Pani wsparcia w postaci konsultacji psychologicznych to zapraszam.
Marta Krajewska
gdy zaczytuję się w historii opisanej przez Panią, towarzyszy mi jakiś rodzaj napięcia, być może taki, który towarzyszy i Pani w codziennych zmaganiach z opisaną wyżej sytuacją. Użyła Pani określeń, które mnie bardzo zatrzymują, a mianowicie: "robiłam sobie wbrew", "byłam zmęczona, przeszłam wiele zarówno fizycznie, jak i psychicznie", "miałam tego dość", "bardzo się męczę", "to dla mnie za dużo", "nie potrafię zaakceptować smrodu i strachu o dziecko". A ja chcę Pani napisać, iż troska o dziecko i jego zdrowie, zwłaszcza w sytuacji, która ma znamiona niebezpiecznej mieści się w ramach odpowiedzialności rodzicielskiej.
Z przedstawionego opisu wyczytałam, że Pani potrafi wytrzymywać i dużo znosić, nawet to, co powoduje zmęczenie, chorobę, paraliż. Te "wysiłkowe" działania, których się Pani podejmuje skutkują tym, że przekracza Pani samą siebie, a ja zastanawiam się co powoduje, że to przekroczenie ma miejsce i czy istnieją granice tych przekroczeń?
Przedstawiona przez Panią sytuacja jest wielowątkowa, gdyby potrzebowała Pani wsparcia w postaci konsultacji psychologicznych to zapraszam.
Marta Krajewska
Dzień dobry, moim zdaniem pies w tej sytuacji powinien zostać oddany w dobrą opiekę innej osobie. Przeszła Pani naprawdę wiele i obawiam się, że więcej może Pani organizm nie wytrzymać, ciągły, wieloletni stres związany z tą sytuacją wpływa na cały Pani organizm, a tym samym niszczy Pani swoje zdrowie, które jest bardzo potrzebne do tak trudnej roli jak rola mamy w wychowaniu synka. Życie i zdrowie jest najważniejsze dla człowieka. Zwierzęta są cudowne i mogą pełnić funkcję "przyjaciela lub członka rodziny", lecz w tym przypadku pies zagraża zdrowiu Pani i dziecka. Jedyne wyjście z tej sytuacji to postawienie granicy partnerowi w tej sprawie. Pozdrawiam
Bardzo mi przykro, przez co Pani przechodzi. Z Pani opisu widać, jak ogromnie jest Pani zmęczona, przeciążona i wyczerpana psychicznie. W krótkim czasie spotkało Panią bardzo dużo trudnych rzeczy: emigracja, ciąża z powikłaniami, zagrożenie życia, pobyty w szpitalu, operacja, strach o dziecko, a do tego ciągły stres związany z ciężko chorym psem i problemami finansowymi. To jest naprawdę bardzo dużo jak na jedną osobę.
Naturalne jest, że jako matka najbardziej martwi się Pani o zdrowie i bezpieczeństwo swojego dziecka. Przy małym dziecku zapach, wydzieliny, sikanie w domu, choroby i ryzyko zakażeń stają się czymś bardzo trudnym do zniesienia. To normalne, że nie potrafi Pani tego zaakceptować.
To, że czasem puszczają Pani nerwy, jest raczej sygnałem ogromnego zmęczenia i przeciążenia, a nie złej woli. Organizm ma swoje granice. Jeśli przez długi czas żyje się w stresie, napięciu i lęku, reakcje stają się coraz silniejsze.
Ten konflikt nie dotyczy tylko psa, ale przede wszystkim poczucia bezpieczeństwa, granic i odpowiedzialności za dziecko. Pani potrzeba spokoju, czystości i bezpieczeństwa jest w tej sytuacji bardzo zrozumiała. A grożenie rozstaniem w trakcie konfliktów jest formą presji emocjonalnej i pogłębia tylko poczucie osamotnienia. Zamiast dialogu pojawia się walka.
Szukanie dla psa innego domu lub specjalistycznej opieki nie nazwałabym okrucieństwem, ale próbą znalezienia rozwiązania, które pozwoli Pani i dziecku normalnie funkcjonować. Dobro dziecka i Pani zdrowie są tutaj naprawdę bardzo ważne.
Naturalne jest, że jako matka najbardziej martwi się Pani o zdrowie i bezpieczeństwo swojego dziecka. Przy małym dziecku zapach, wydzieliny, sikanie w domu, choroby i ryzyko zakażeń stają się czymś bardzo trudnym do zniesienia. To normalne, że nie potrafi Pani tego zaakceptować.
To, że czasem puszczają Pani nerwy, jest raczej sygnałem ogromnego zmęczenia i przeciążenia, a nie złej woli. Organizm ma swoje granice. Jeśli przez długi czas żyje się w stresie, napięciu i lęku, reakcje stają się coraz silniejsze.
Ten konflikt nie dotyczy tylko psa, ale przede wszystkim poczucia bezpieczeństwa, granic i odpowiedzialności za dziecko. Pani potrzeba spokoju, czystości i bezpieczeństwa jest w tej sytuacji bardzo zrozumiała. A grożenie rozstaniem w trakcie konfliktów jest formą presji emocjonalnej i pogłębia tylko poczucie osamotnienia. Zamiast dialogu pojawia się walka.
Szukanie dla psa innego domu lub specjalistycznej opieki nie nazwałabym okrucieństwem, ale próbą znalezienia rozwiązania, które pozwoli Pani i dziecku normalnie funkcjonować. Dobro dziecka i Pani zdrowie są tutaj naprawdę bardzo ważne.
To, co Pani opisuje, nie dotyczy wyłącznie psa. To jest sytuacja przeciążenia, lęku o dziecko, zmęczenia chorobą i braku poczucia bezpieczeństwa w domu.
Nie przesadza Pani.
Każda matka ma prawo oczekiwać, że przestrzeń, w której wychowuje małe dziecko, będzie bezpieczna i higieniczna. Jeżeli w mieszkaniu występują:
- przewlekłe wydzieliny,
-problemy dermatologiczne zwierzęcia,
- nawracające infekcje,
- intensywny zapach moczu,
- zachowania agresywne (gryzienie),
to naturalne jest, że pojawia się lęk o zdrowie dziecka i frustracja.
Jednocześnie dla Pani partnera pies może być:
- częścią jego historii,
- obiektem silnej więzi emocjonalnej,
- odpowiedzialnością, której nie chce się „pozbyć”.
Tu zderzają się dwie wartości:
Bezpieczeństwo i komfort dziecka.
Lojalność i przywiązanie do chorego zwierzęcia.
Problemem nie jest samo to, że chce Pani czystości.
Problemem jest brak wspólnego rozwiązania i narastający konflikt.
Warto rozdzielić trzy kwestie:
1. Bezpieczeństwo zdrowotne dziecka
Małe dziecko wkłada wszystko do buzi. Przy obecnych objawach psa zasadny jest kontakt z pediatrą i ewentualnie lekarzem weterynarii w celu oceny realnego ryzyka zakażeń.
2. Dobrostan psa
Z opisu wynika, że zwierzę jest poważnie schorowane i przewlekle cierpi. W takich sytuacjach konieczna jest uczciwa rozmowa z lekarzem weterynarii o:
jakości życia psa,
rokowaniach,
możliwych opcjach (leczenie paliatywne, przekazanie pod opiekę specjalistyczną, eutanazja jeśli cierpienie jest znaczne).
3. Relacja partnerska
Groźby rozstania w trakcie konfliktu nie rozwiązują problemu. To sygnał, że napięcie przekracza możliwości samodzielnego poradzenia sobie. Rozmowa przy mediatorze lub terapeucie par może być pomocna, zanim konflikt stanie się nieodwracalny.
Bardzo ważne:
Jeżeli czuje Pani, że reaguje agresją wobec psa, to jest sygnał przeciążenia. To nie jest kwestia „złej osoby”, tylko granicy wytrzymałości. Warto zadbać o własne wsparcie.
Podsumowując:
Nie chodzi o to, że „nie akceptuje Pani psa”.
Chodzi o poczucie bezpieczeństwa i granice.
W tej sytuacji potrzebna jest spokojna decyzja oparta na faktach medycznych (pediatra + weterynarz) i rozmowa partnerska o realnych możliwościach. Konflikt nie dotyczy psa – dotyczy sposobu podejmowania decyzji w rodzinie.
Nie przesadza Pani.
Każda matka ma prawo oczekiwać, że przestrzeń, w której wychowuje małe dziecko, będzie bezpieczna i higieniczna. Jeżeli w mieszkaniu występują:
- przewlekłe wydzieliny,
-problemy dermatologiczne zwierzęcia,
- nawracające infekcje,
- intensywny zapach moczu,
- zachowania agresywne (gryzienie),
to naturalne jest, że pojawia się lęk o zdrowie dziecka i frustracja.
Jednocześnie dla Pani partnera pies może być:
- częścią jego historii,
- obiektem silnej więzi emocjonalnej,
- odpowiedzialnością, której nie chce się „pozbyć”.
Tu zderzają się dwie wartości:
Bezpieczeństwo i komfort dziecka.
Lojalność i przywiązanie do chorego zwierzęcia.
Problemem nie jest samo to, że chce Pani czystości.
Problemem jest brak wspólnego rozwiązania i narastający konflikt.
Warto rozdzielić trzy kwestie:
1. Bezpieczeństwo zdrowotne dziecka
Małe dziecko wkłada wszystko do buzi. Przy obecnych objawach psa zasadny jest kontakt z pediatrą i ewentualnie lekarzem weterynarii w celu oceny realnego ryzyka zakażeń.
2. Dobrostan psa
Z opisu wynika, że zwierzę jest poważnie schorowane i przewlekle cierpi. W takich sytuacjach konieczna jest uczciwa rozmowa z lekarzem weterynarii o:
jakości życia psa,
rokowaniach,
możliwych opcjach (leczenie paliatywne, przekazanie pod opiekę specjalistyczną, eutanazja jeśli cierpienie jest znaczne).
3. Relacja partnerska
Groźby rozstania w trakcie konfliktu nie rozwiązują problemu. To sygnał, że napięcie przekracza możliwości samodzielnego poradzenia sobie. Rozmowa przy mediatorze lub terapeucie par może być pomocna, zanim konflikt stanie się nieodwracalny.
Bardzo ważne:
Jeżeli czuje Pani, że reaguje agresją wobec psa, to jest sygnał przeciążenia. To nie jest kwestia „złej osoby”, tylko granicy wytrzymałości. Warto zadbać o własne wsparcie.
Podsumowując:
Nie chodzi o to, że „nie akceptuje Pani psa”.
Chodzi o poczucie bezpieczeństwa i granice.
W tej sytuacji potrzebna jest spokojna decyzja oparta na faktach medycznych (pediatra + weterynarz) i rozmowa partnerska o realnych możliwościach. Konflikt nie dotyczy psa – dotyczy sposobu podejmowania decyzji w rodzinie.
Wciąż szukasz odpowiedzi? Zadaj nowe pytanie
Wszystkie treści, w szczególności pytania i odpowiedzi, dotyczące tematyki medycznej mają charakter informacyjny i w żadnym wypadku nie mogą zastąpić diagnozy medycznej.