Z partnerem kłócę się coraz częściej. On twierdzi, że to jest moja wina i że to ze mną coraz gorzej, ciężej się dogadać. Upatruję winy tylko we mnie. Ja już wątpiąc w to, że może on ma rację, zaczęłam sprawdzać w internecie, rzucam screeny naszych SMS-ów i ChatGPT potwierdza moją wersję, ale mój partner mówi, że mam go nie przekonywać do swoich racji, bo on mnie lepiej zna i ma wyrobione zdanie już o mnie po tylu latach znajomości. Kiedy ja pytam o konkrety, nie zgadzam się z jego wersją, to tym bardziej jeszcze podważa to, co ja do niego mówię. Mam poczucie, że powinnam chodzić na palcach i o nic nie dopytywać, ze wszystkim się zgadzać. Czasem czuje się jakbym skała po polu minowym. Kiedy zwracam mu uwagę na to, że brakowało mi konkretów w danej sytuacji, twierdzi, że było inaczej i te konkrety były. To, że mi czegoś brakowało, nie ma to znaczenia. Liczy się tylko jego wersja. Kiedy mu pokazuje, ze mnie okłamał, to jeszcze krzyczy na mnie, że jest zmęczony i jak ja mogę takie rzeczy robić. Za każdym razem, jak się kłócimy, muszę się bronić, bo jeden argument leci za drugim. Oczywiście wszystkie są przeciwko mnie, wszystkie kłótnie są o mnie, żadnej nie ma o nim. Zawsze ja jestem zła, nie taka, zawsze robię coś nie tak, a on jest ten dobry, bo on przychodzi do mnie po pracy, on mi odbiera paczki. Nie patrzy na to, jak jest kłótnia opierdziela mnie, a pozniej są ciche dni, fochy. Nie patrzy na to, jak ja się z tym czuję. Kiedy jest źle, jest cisza, musimy poczekać, aż on przywróci się do równowagi, bo on potrzebuje ciszy. Nie patrzy, jak ja się z tym czuję. Kiedyś wyrzucił mnie z toalety, bo on miał swoją potrzebę. Na ulicy krzyczał, pukając się w głowę, że coś ze mną jest nie tak, że mam coś z głową. Kiedy innym razem już zaczęłam nawet płakać i próbowałam się z nim dogadać, krzyczał na mnie jeszcze głośniej. Ja się zastanawiam, czy ja jestem naprawdę normalna. On twierdzi, że to moja wina, że między nami nie ma bliskości, bo ja mam zaburzenia więzi (diagnoza jego terapeutki). Jak moja rodzina powiedziała, że zawsze były ze mną problemy to był argument w kłótni. Nie patrzy na to, jak mnie traktowała moja własna matka, bo to ze mną były problemy mimo ze wczesniej sam przyznawał, ze to co robiła było nie uczciwe. Czasami jest tak, że jednego dnia mnie za coś wspiera, a innego dnia ten argument jest obracany przeciwko mnie. Zastanawiam się, czy to rzeczywiście moja wina, że nie ma między nami bliskości? Kiedys był na terapii bo go o to prosiłam ale terapia była diagnozowaniem mnie (zaburzenia więzi u mnie). Dodam ze terapeuta powiedział kto do niego chodził i jakie ma zdanie na temat problemu tej osoby. Partner pochodzi z domu gdzie była przemoc ze strony ojca a matka uważa, ze jest on jej nalepszym dzieckiem i nigdy nawet go nie okrzyczała. Partner jest po rozwodzie, a w opinii od biegłego ma trudności z regulacją emocji i deficyty empatii. Uważa, ze to nie jest przyczyna naszych kłotni tylko ja jestem winna bo on tyle robi. Kiedy mówię skupmy się na jednej sytuacji to jest zle bo przeciez on mnie wspiera. Prosze o informacje, jak to co zdiagnozował partnerowi biegły psycholog (trudności z regulacją emocji i deficyty empatii) moze wpływać na nasza relacje? Czy psycholog u którego był złamał tajemnicę i czy moze diagnozować u mnie zaburzenia więzi nie rozmawiając ze mna?